Jechaliśmy ledwo widocznymi śladami naszych poprzedników, zarośniętymi wypaloną suchą trawą i co jakiś czas sprawdzaliśmy, czy nie dymi się nam spod osłon silnika. A w oddali białą scianą wstawali kredowe góry paśma Aktolagaj.
Jedziemy do Atyrau - musimy wymienić pieniądze , kupić kartę dla internetu i w ogóle zrobić zakupy. Niestety, tylko 8 rano, wszystko jeszcze zamknięte. Nie marnujemy czasu na czekanie, jedziemy do Kulsary. 240 km, 3 godziny, i my jesteśmy tam. Dzisiaj tutaj jakieś święto, bank otwarty tylko jeden, dużo ludzi. Nic nie zrobić, zmienimy pieniądze, gdy wrócimy ze stepów. Robimy zakupy, tankujemy do pełna, kanistry też do pełna. Wracamy się nieco w kierunku Atyrau. Zatrzymujemy się koło jadalni - pełno aut, to dobry znak. Nie żałujemy, pyszne jedzenie. Przed zjazdem do Akkergeshen biegnie rzeka Żem. To ostatnia szansa, aby wykąpać się. Wody do kolan. Do Akkergeshen prowadzi również rozbita droga, ale tutaj nie ma żadnego ruchu. Jedziemy obok stepem, droga lepsza i można poruszać się z prędkością 40-50 km/h . Daleko już widać góry z białej kredy. Wjeżdżamy na płaskowyż, zatrzymujemy się u urwiska. Jak tutaj jest pięknie! I nikogo w okolicy oprócz nas - do Kulsaray 55 kilometrów. Tylko wiatr, kreda wokół i dziwaczne formy gór.
Rozpoznaje formy z wielu relacji które czytałem. Widzimy dróżkę w dół, będziemy tam zjeżdżać. Ma pochylenie boczne, ale da się z tym żyć. Znowu zdjęcia i podziwianie rzeźb przyrody. Dzisiaj musimy dotrzeć do pasma Aktolagaj - tam będziemy nocować. Do Aktolagaja kolejne 70 km stepem, będziemy więcej niż 100 km od Kulsary.
Dróżki zarośnięte i ledwie widoczne, kilka razy tracimy drogę w piołunach i wysokiej żółtej trawie. Pod osłonami zbiera się trawa, ale w D3 i P38 niema bezpośredniego niebezpieczeństwa - gorące elementy są daleko. Jednak wciąż sprawdzamy stan, nie jedziemy szybko, żeby jak najmniej połamać traw i nabrać resztek. Na horyzoncie biała, w gorącym powietrzu wirująca plama - to Aktolagaj. Poród stepu odnajdujemy resztki UAZ Patriot - on tutaj po prostu się spalił.
Praktycznie stepem, zgadując ślad docieramy do Aktolagaj. Wdali widzimy Królowę Szachów (forma z kredy w kształcie piramidy), ale prosta droga do niej jest rozmyta przez wodę. Rezygnujemy z zamiaru tam dostać się, jedziemy w prawo wzdłuż grzbietu. Noc jest blisko, musimy znaleźć miejsce dla noclegu. Dróżka prowadzi równolegle do grzbietu i nie ma zamiaru zbliżać się, więc pokonujemy 1.5 km stepem i jesteśmy u podnóża Aktologaj. Grzbiet jest znacznie większy, ciężko wybrać miejsce, aby zatrzymać się. Wstajemy bliżej ściany w nadziei, że będzie zasłona od wiatru. Jednak gorące powietrze przenosi się w szybkim tempie, ściany działa jak komin. Odjeżdżamy ku samemu początku góry - tutaj jest spokojniej. Oczywiście pierwsze zdjęcia, rozpakowywanie się, szybki obiad. I na spacer wzdłuż grzbietu. Oczywiście włazimy nieco wyżej. I potem znajdujemy pierwsze skamieniałości. Głównie mięczaki jury(belemnity), jest ich sporo. Jasna rzecz - nazbieraliśmy tego nie mało. Słońce idzie już spać - światło jest po prostu piękne. W ciągu dnia absolutnie białe skały teraz promieniują ciepłem, widoki są jak z bajki.
Przejechane 420 km.
Wstaję wcześniej innych, aby zrobić kilka zdjęć. Rano też dobre światło - jeżeli przyjeżdżać tutaj robić zdjęcia, to trzeba byłoby spędzić tutaj cały tydzień, aby przejść cały grzbiet. Może kiedyś to zrobimy w czasie wiosny, jeśli w ogóle wtedy da się tutaj dojechać przez wiosenne bezdroża.. Kwitnący step na tle białych gór byłby naprawdę ładnym widokiem.
Znowu jedziemy dróżkami, zarośniętymi trawą w stronę Namaztakyr sor i dalej do meczetu Kulshan-Ata. Po drodze bród przez rzekę, w której kąpaliśmy się wczoraj. Tutaj też po kolana, dno piaszczyste, ale całkiem twarde. Są ślady jakiegoś auta - ktoś tu jechał przed - więc będzie dobrze. Teraz do meczetu, już bez żadnych przeszkód. A tam wszystko jest tak białe, że bolą oczy. Wewnątrz pod ziemią (faktycznie w skale)bardzo mało miejsca, na podłodze wszędzie dywany. Naprawdę ciekawe miejsce. Dalej znowu dziurawa droga do Kulsary. Wiele lepiej jedzie się dróżkami obok po stepie - to już staje się dla nas normą.
Kulsary. Wreszcie wymieniamy pieniądze - kurs znacznie lepszy niż przy granicy. Na targu (tam też wszystko z Chin) kupujemy owoce, jeszcze sklep i jedziemy do Beyneu. Na nie ma ni KazMunajGaz ni Helios, tylko jakieś nie znane stacje, nie tankujemy i jedziemy dalej - mamy jeszcze 40 litrów w kanistrach. Nigdy nie trzeba tak robić Kazachstanie - tylko do pełnego zbiornika w każdym możliwym miejscu. W Beyneu po prostu nie było ON, na szczęście znaleźliśmy jakaś stacjęz dość dziwną nazwą "DIESEL" i całe szczęście, że paliwo nie sprawiło problemów. W sklepie znalazłem rozlewane piwo - okazało się tak samo badziewne jak i butelkowane. Jedziemy ku soru Tuzbair - jeszcze 220 kilometrów od Beyneu.
created with
Offline Website Builder .