Nasza pierwsza daleka i długa podróż. Rosja to ogromny kraj, a Bajkal to ogromne jezioro, które objechalismy wokół. Stepy, tajga, gory i najczystsze jezioro - tam wszystko można zobaczyć w jednym miejscu. I słynny zimnik 110 - wiele włąścicieli aut terenowych marzy pokonać tą drogę...
Najpiękniejsze widoki, trudne do przejechania drogi długości 160km, brody - w tym bród szerokością w 100 metrów - my to pokonalismy w jedno auto.
Irkana, Sramnaya, Svetlaya, Namama, Sininda, Akumutu, Kovyli, Barguzin.. dziwnie brzmiące nazwy dla tych co tam nie byli. I nigdy nie zobaczą tego w swe oczy jeżeli nie pojadą tam sami. Nie da się wyobrazic piekną natury tych miejsc. To można tylko zobaczyć i przeżyć. Te zapachy tajgi, ta krystalicznie czysta woda, ta zieleń wokól... Ten zapach Azji, tak mało znanego nam kontynentu. Tego trzeba dotknąć.
WIĘCEJ... Co to jest Zimnik? W Rosji to droga, która funkcjonuje tylko zimowa porą, na przykład po lodzie zamarzniętych jezior, rzek i mokradeł. Letnią porą dojazd do tyć punktów jest niemożliwy, w większości przypadków nawet i dla specjalnie przygotowanych samochodów.
Jak powstała droga “110 kilometr” lub inaczej - Zimnik 110? Zima 1974-75 roku była bardzo ciepła. Drogi po lodzie Bajkału nie było, i budowa magistrali BAM mogła zostać bez dostaw niezbędnych materiałów. Była potrzebna lądowa droga, z 4 projektów został wybrany jeden. Z samego początku droga była planowana jako tymczasowa - ona była potrzebna tylko dla przewożenia gruzów do Nowego Uoyana. Droga musiała być przebita przez grzbiet Barguzinski w najkrótszym czasie - pracy trwały dniem i nocą. 1 lutego 1975 roku na tą drogą wyjechały pierwsze ciężarówki - nie uwzględniając pogody w dzień tutaj jechało do 80 Uralów i Kamazów..
Po zakończeniu budowy BAM droga więcej nie była potrzebna. Jeszcze jakiś czas funkcjonowała jako zimnik, po któremu mogły przejechać nawet nieduże terenowe auta. Z czasem Barguzin zabrał największe mosty, inne mosty też rozwaliły się, i droga została przejezdna tylko ciężarówek 6x6 takich jak Ural-375, ZIL-131, Kraz-255. Trudności przejechania tą drogą stały się legendą, a to zaczęło przyciągać turystów na autach terenowych. Bo to jedyna droga, która można objechać wokół Bajkał. Nie byliśmy wykluczeniem i my..
To była wspaniała i razem trudna wyprawa - i technicznie, i emocjonalnie. W ciągu miesiąca my przejechaliśmy 16500 kilometre, a dokładnie w drodze byliśmy 35 dni. Całą drogę mieliśmy jakieś problemy techniczne z autem, tylko zimnik 110 i dolinę Barguzinu przejechaliśmy mniej więcej spokojnie. To po prostu nie mieściło się w głowie - pierwsze usterki pokazały się jeszcze w Polsce przed Warszawą. A emocjonalnie… nie jest to proste, gdy ludzie, od których oczekujesz współpracy i zrozumienia, zostawiają cię samego, bo masz problemy z samochodem… I podjąć decyzję przejechać zimnik 110 jednym samochodem też nie jest prosto. Ale wszystko da się zrobić gdy dążysz do celu.
Wracając do problemów technicznych - dwa miesiące przed wyjazdem, w maju wykończyła się pompa v baku. Siateczka smoka czysta nie była, ale tragedii też nie było. Wymieniłem również filtr paliwa. Pojechałem na Litwę, wróciłem. W drodze powrotnej zaczęły się problemy ograniczenia mocy silnika i zaczęło pokazywać błąd niskiego ciśnienia. Pierwsza myśl byłaby, że pompa w baku - ale przecież tylko co ją wymieniałem? Następna myśl - zawór PCV na pompie wtryskowej. Kupiłem zawór, wymieniłem. Ku słowu - wymiana tego do prostych robot nie należy. Przejechałem się 140km - nic nie wyskoczyło. Czyli możemy spokojnie wybierać się w drogę do Bajkału. A jednak to był tylko początek mojego błędnego przekonania, że w baku mam wszystko w porządku i ciąg problemów z układem paliwowym prześladował nas do samego Bajkału.
W połowie lipca w trójkę w aucie(ja, kochana żona i nasz znajomy) startujemy. Za 100 km do nas dołącza jeszcze jedno auto. Po drodze do Warszawy kilka razy błąd braku mocy. Restart silnika i znowu jakiś czas spokojnie. Na Litwie do nas dołącza litewska ekipa. Problemów nie ma. Prawdziwe problemy pojawiły się za Moskwą. Z trudem wjechaliśmy na Ural. Zatrzymaliśmy w Złatoust - tam mieszkają nasze przyjaciele. Wymieniliśmy pompę wtryskową na inną, zaś zamieniliśmy zawór PCV - nic nie pomogło. W Czelyabinsku znaleźliśmy serwis diesla. Fachowiec gada, że to mogą być przebicia na wtryskach, trzeba sprawdzać. Wyciągamy wszystkie wtryski i na maszynę do sprawdzania. Wyszło że trzeba wymienić 2 wtryski. Wymieniliśmy na zapasowe które mieliśmy ze sobą. Dalej nic, kasa i nie mała na wiatr.. Fachowiec nie umie więcej nic nam poradzić. Decyzja - jedziemy dalej. Przed Kurganem przy trasie wymieniamy filtr paliwowy. Auto zaczyna jechać lepiej. Już ucieszyliśmy - jednak w tym samym dniu za 60 km przed miastem Iszim na stacji paliw Disko odmawia odpalenia całkiem. Kolejny raz zabawa z pompą wtryskową - wraca stara pompa i stary zawór PCV. Komary gryzły tak, że nie daliśmy rady wieczorem zakończyć wymiany. Skończyliśmy rano, odpaliliśmy. Od tego dnia w układzie paliwowym zaczęło pojawiać się powietrze. I razem z tym powoli zaczęła kręcić się nieśmiała myśl, że jednak coś nie tak mamy w baku. Mniej więcej do połowy baku auto jechało, potem trzeba było co jakiś czas odpowietrzyć układ. Z czasem potrzeba odpowietrzania pojawiała się coraz częściej, auto mniej więcej normalnie jechało tylko do 3/4 baku. Zdecydowaliśmy jechać dalej do samego Bajkału bez jakichś remontów - jak nie jak a będziemy mieli za sobą połowę drogi.
Nasi koledzy po podróży zaoferowali nam, że my wyjeżdżamy wcześniej i jedziemy sami - a oni i tak nas dogonią. Od tego czasu cała ekipa wyprawy zaczęła rozpadać się... Śmieszne, ale nawet z naszymi problemami my zawsze docieraliśmy do miejsca noclegu pierwsi... Najgorszy odcinek w 900km był od Tułuna do Severobaykalska - droga żwirowa, pył, białe liście drzew, przełęcz przed Bajkałem. 80km przed Ust-Kut pada czujnik zawieszenia - D3 na odbojnikach. Teraz mamy już dwa problemy. Jednak z tym radzimy szybko. Za pomocą programu diagnostycznego nadmuchuje poduszki zawieszenia, wyciągam biezpiecznik zawieszenia i jedziemy dalej. Na przełęcz wjeżdżamy z trudem - brak mocy. Prawie o północy fotografujemy się u steły Severobaykalska. Jesteśmy szczęśliwi. Kolegów niema, dalej nie mogą nas dogonić. Jedziemy szukać miejsca na nocleg, żeby dać im wiedzieć gdzie podjechać. Jak się okazało potem to będzie nasz ostatni obóz razem - jutro oni nas zostawią rozwiązywać nasze problemy i pojadą na zimnik... Dojeżdżają po dwóch godzinach.
Wszyscy jeszcze razem
To jezioro stało się miejscem na nocleg dla każdego wyjazdu prowadzącego przez Rosję
Kolejny raz wymieniamy pompę wtryskową
Wieczór blisko
Tu komary byłī wsciekłe
Byliśmy poranna ciekawostką dla tubylców
W Rosji przy drgach często można znalezć takie miejsca dla ewentualnych napraw
Droga w nieskonczoność
Znowu zapowietrzyliśmy
Nie pamiętam gdzie :)
Byliśmy sami
Mgielka od dymu pożarów lasów
Miejscowość Tułun, rzeczka Kurzanka
Ciężka droga
Jeszcze jeden problem
My to zrobilismy - miasto na brzegu Bajkału!
Poranek, słońce, wiaterek od jeziora. Obok BAM, dość często jadą pociągi. Droga żyje. Po drugiej stronie jeziora widać góry - nasza droga pójdzie tam. Ale nie dzisiaj - musimy odpocząć, wymienić olej i ostatecznie zdecydować się co robimy dalej. Jak bym nie było - nie żal że pokonaliśmy taką drogę - widoki Bajkału warte wszelkich trudności.
Śniadanie i my już sami. Cóż, mogę to zrozumieć... i jednak nie umie, ja bym tak nie zrobił. Z drugiej strony to tylko logiczny koniec - ekipa naszej podróży faktycznie już się rozpadała kilka ostatnich dni. My że teraz musimy rozwiązać już dwa problemy, żeby moc jechać na Zimnik. Niedziałający czujnik zawieszenia jednoznacznie przekreśla wszelkie możliwości pokonania tej drogi - więc muszę coś z tym zrobić. Lub stąd pojedziemy do Irkucku - tam na pewno czujnik znajdziemy. Ale póki co muszę wymienić olej. Jadę do miasta, odnajduję warsztat przy drodze, wymieniam olej. Okazuję się że jedna butelka z olejem przetarła się na bagażniku i olej wyciekł. Na szczęście oleju z domu zabrałem więcej na wszelki wypadek - jak raz starczyło. Na drodze powrotnej przyszła myśl co można zrobić z czujnikiem zawieszenia. Wielkie prawdopodobieństwo, że jest zły kontakt w środku czujnika. A czujnik to zwykły potencjometr. Jeżeli wymusić go pracować w drugim miejscu to wszystko może poprawić się. Mam ze sobą inne cięgna czujników dla bezdroża - to może pomoc.
Szukamy suche drewno dla ogniska - w Syberii to problem - suchych drzew praktycznie nie ma. Odnajdujemy ścięte choinki u torów - nam wystarczy. Po rozpaleniu ogniska zajmujemy się autem. Wymieniamy czujnik, wstawiamy bezpiecznik - i wszystko w porządku! Zamiast standardowej wysokości zawieszenia teraz mamy off-road - ale to i było planowane na przejazd Zimnika. Musimy tylko jeszcze zdemontować bak - ale przecież nie będziemy tego robić na brzegu Bajkału? Zrobimy to po drodze - a teraz nam należy się odpoczynek. Reszta dnia była pierwszym spokojnym dniem od samego początku naszej wyprawy. Jedyna rzecz która jeszcze nas niepokoiła - to możliwość leśnych pożarów. Akurat nad nami na sopce palił się las - a co będzie tam na drugim brzegu jeziora nikt nie wie. My będziemy tam sami. Ale jednak chęć spełnić nasze trzechletnie marzenie była silniejsza.
Niespiesznie wyruszamy w stronę początku drogi 110. Musimy dojechać do miejscowości Nowy Uoyan, tam będziemy zdejmować bak. Jeżeli coś pójdzie nie tak, stamtąd zawsze możemy wrócić się. A wcześniej i nie możemy go zdjąć - mamy za dużo paliwa. Piękno widoków jeziora i okoliczności cały czas nam towarzyszy. Dotarliśmy do północnej koncówki jeziora - Bajkał tutaj płytki, a widoki wspaniałe. Jechało się skomplikowanie - był moment kiedy już myśleliśmy, że nie dojedziemy do Nowego Uoyana. Jednak daliśmy radę, znaleźliśmy miejsce i zabraliśmy się za robotę. Siateczka smoka była cała w czarnej galaretce - nie dziw że silnik nie dostawał wystarczająco paliwa... I takie coś po 2.5 miesiąca od poprzedniego remontu, a faktycznie po miesiącu od wymiany pompy w baku.. Na dzień dzisiejszy myślę że takie skutki powodują "ekologiczne" bio-dodatki do paliwa, szczególnie jak po drodze używa się paliwa różnych producentów. Siateczkę z trudem odmyliśmy od brudu. Po trzech godzinach od rozpoczęcia remontu my już jechaliśmy szukać sklepu - silnik odpalił bez zastanowienia się. Po prawie dwóch tygodniach niepewności mogliśmy szczęśliwie uśmiechać się - przed nami Zimnik 110 i my go pokonamy. Zrobiliśmy zakupy na kilka dni - jeżeli popsuję się pogoda i zacznie się deszcz Barguzin będzie nie do przejechania. Ale póki co pogoda obiecywała nam ciepło i słońce - więc droga nie będzie zbyt trudna.
Zatankowaliśmy do pełna i do baku, i do kanistry. Zapas piwa też został zrobiony - jedziemy szukać miejsca dla noclegu. Za kilka kilometry od Nowego Uoyana stanęliśmy na brzegu jeziora Bakany. Wieczór był bardzo spokojny, beż żadnego wiatru. W lustrze jeziora odbijały się góry, przez które pojedziemy jutro. Nas otaczało nieziemskie piękno, siedzieliśmy i obserwowaliśmy tą wspaniałość - nie wiadomo czy jeszcze kiedyś tutaj będziemy znowu. Szkoda było tylko że ktoś na drugim brzegu jeziora puszczał głośno muzykę - na szczęście to nie potrwało za długo.
Wstaliśmy wyspani, choć w nocy nas obudziły Ural i GAZ-66, którzy zatrzymali się na noc nie daleko od nas. Dzisiaj zaczynamy przygodę z naprawdę ciężką drogą o ile można o tym sądzić z różnych filmików na YouTube. I robimy to w jedno auto. 160 km tajgi, kamieni, brodów i nikogo więcej. Ludzi tutaj spotyka się rzadko, można czekać i tydzień, a to i więcej póki ktoś inny pojedzie. Na szczęście wiemy, że da się przejechać tą drogę i w jedno auto, co najmniej dwa takie przypadki wiem. Więc my też tak możemy. Do początku Zimnika jeszcze 60 km, i przed nami jezioro Irkana. Widok po prostu majestatyczny - nie da się tego opisać słowami. I nikogo - cisza i spokój, tylko jezioro, góry i my. Niedaleko wieś Kumora - zajechaliśmy po prostu obejrzeć. Zastanawiamy się, co tutaj robią ci ludzie i z czego żyją?
Zjeżdżamy na ledwo widoczną dróżkę w stronę jeziora. Ona prowadzi do ciepłego radonowego źródła. Jak nie wykąpać się przed początkiem ciężkiej drogi - tym bardziej że ciepłej wody nie było już dość dawno? Nie można tylko kąpać się długo - radon jest radioaktywny i wskazany tylko w małych ilościach. A i czasu nie mamy za wiele - musimy jechać.
W oddali grzbiet Barguziński
Dzień odpoczynku na brzegu
Pomiędzy tych gór pojedziemy
Za nami pali się las
pomiędzy nią i jeziorem - BAM
Bajkał tutaj płytki
Auto naprawione - jutro zimnik
Zimnik rozpoczyna się jak zwykła leśna dróżka, potem zaczynają się kamienie i tak zwane "wanny" - duże i głębokie kałuże z wodą i koleinami od Urałów. Wpadnięcie do takiej koleiny to gwarantowana przyjemność zabawy z wyciągarką, Hi-Liftem i tak dalej. Droga częściowo idzie korytem rzeki Sramnaya - tutaj pełno kamieni i trzeba uważnie wybierać trasę. Jeżeli jechać tutaj w czasie deszczu to rwiąca woda wielokrotnie utrudnia przejechanie. My mamy tylko spokojny strumien wody, jednak kamienie i tak wymagają zabawy. W trudniejszych miejscach musimy wyłożyć sobie drogę żeby można było wjechać na większy kamień lub uskok. Zaczynają się wanny, większe mierzymy. Ale chwila pośpiechu i mamy problem. Kilka kilometrów po zjeździe na drogę wzdłuż rzeki Svetlaya mi nie udaję się zajechać na objazd wanny, i bez mierzenia próbuje przejęciać kałuże wprost. To się kończy wiadomo czym. Rozwijamy wyciągarkę. Na szczęście nasz trzeci członek ekipy nieprawidłowo przełącza wyciągarkę. Gdy sam docieram do niej to od razu widzę że coś jest nie tak. Okazuje się że na tej trzęsącej drodze żwirowej wszystkie śruby wyciągarki wykręciły się. Jeżeli bym hebel wyciągarki byłby przełączony prawidłowo nam by zerwało cały zderzak. Situację ratujemy Hi-Liftem, przysposobą podnoszenia za koło i kłodami pod koła. Woda w tej kałuży była strasznie zimna - tuż na brzegu było źródło.
Dalej na nas czekały rumowiska kamieni obok rzeki Svetlaya. Woda tam tak czysta że ma niebieski kolor. Urok tego miejsca jest niezapominalny. A rumowiska dają popalić - południowe słońce tworzy tam małe piekiełko, a kamienie nie są lekkie. Radzimy sobie bez większych problemów, ale nie da się tego miejsca przejechać na szybko. Na postoju na obiad rozbieram przód, ściągam zderzak, przykręca wyciągarkę - na szczęście mam odpowiednie śruby w pudełku ze śrubami. Jedziemy dalej, znowu wanny, kamienie, droga wzdłuż rzeki Namama, jeziorka i uroczysko Aerodromnoe. A tutaj stoi jedyny pozostały słupek kilometrowy z tabliczką 110 - od którego i poszła nazwa tej drogi Zimnik 110.
Wieczór, jest chłodno. My na wysokości około 1100 metrów. Nawet nie poczuliśmy jak od Irkany wznieśliśmy około 600 metrów do góry. Znowu problem znaleźć suche drzewo dla ogniska. Trzeba trochę nachodzić się żeby nabrać suchych gałęzi modrzewia(więcej tutaj nic nie ma). Daleko odchodzić od obozowiska nie ma ochoty - można spotkać się z misiem. Gałęzie palą się jak proch, a nam cieplej. Wznosimy toasty - my pokonaliśmy już połowę drogi i jak póki co nie mieliśmy specjalnie wielkich problemów. Aby tak i dalej. Uroczysko przepiękne. Jutro pojedziemy dalej, znowu będą rumowiska, brody, przełęcze i bezdroże - ale to jutro. Dzisiaj odpoczywamy po ciężkim dniu i cieszymy się ze jesteśmy tutaj, gdzie mało kto dociera.
Rzeka Kitera
Widoki tam fantastyczne
Przyjdzie deszcz i rzeka zamieni się w rwiący potok
Ural wiozł pieszych turystów
Pod wodą mogą być głębokie koleiny
Czystość wody przerażająca
Było w planach prejechać wzdłuż niej do starej bazy geołogów - no ale nie w jedno auto
Spać było nieciepło. Niedźwiedzie nie przyszły - i dobrze. Śniadanie i ruszamy. Droga już niczym nowym nie przeraża, kałuże wielkie i małe. Zostawiamy za sobą rzekę Sininda, wielka kałuża z głębokimi koleinami. Próbujemy objechać bokiem, niestety jest miękko. Nie ma o co zaczepić liny - choć i dość wielki kamień ale nas nie utrzymuje. Haczymy się za podobieństwo pnia - a wyciągamy z ziemi dość dużą belkę - auto ani rusz. Ostatni w zasięgu liny wyciągarki modrzew już wyrwany przed nami. Na szczęście mamy ze sobą dodatkowych 60 metrów liny Dyneema. Udaje się nam sięgnąć dalszych drzew i wyjeżdżamy. Dalej Akumutu. W taką pogodę jak dzisiaj to tylko głęboki rów i strumień na jego dnie. W deszcze rów może być pełen wody... Dalej już wjazd na przełęcz Rukhlovsky. Droga rozmyta przez potoki w czasie deszczu, ale do przejechania. A w 2017 roku drogę tak rozmyło że trzeba było robić objazd przez las. Miejscami z trudem, ale powoli wspinamy się na przełęcz. Z wysokości 1400 metrów otwiera się niepowtarzalny widok na tajgę, góry i dolinę Barguzinu.
Serpantinami zjeżdżamy z przełęczy, chwila moment i my u pierwszego brodu przez Barguzin. Rzeka tutaj nie jest szeroka, koryto ma niepełne 40 metrów. W piękną pogodę ten bród przejeżdża się na spokojnie. Gdy jest deszcz rzeka staje się pędzącym nurtem, który może przewrócić i Ural. Przejeżdżamy i teraz już jesteśmy na terenie rezerwatu Dhzerginskij. Tutaj nic nie wolno, w tym i rozpalania ognisk, więc musimy już dzisiaj przejechać pozostały odcinek drogi do drugiego brodu przez Barguzin. Pokonujemy bród przez Kovyli, szerokością tylko jakichś tam 30 metrów. Spokojna i bardzo czysta rzeka. Ale wystarczy rzucić okiem obok, i widzimy jakie drzewa ona na sobie nosi gdy nabiera siły.
Droga w rezerwacie jest prawie "asfalt", wszystkie dziury i wanny pozasypywane, tylko gdzie nie gdzie pojawiły się rozmycia po deszczach. Połowa Zimnika teraz już nie jaka była kilka lat temu - dla miłośników bezdroża straciło się około 70 kilometrów drogi.. Ale widoki pozostały na swoich miejscach i to jest najważniejsze. No chyba że ktoś jedzie tą drogą żeby ją po prostu "zaliczyć". My tutaj odpoczywamy duszą od codziennego biegu życia w cywilizacji. W przyjemnym oglądaniu przebiegają 2 godziny i my już u głównego brodu Barguzinu. Rzeka tutaj szeroka - bród ma ponad 100 metrów. Pierwsze wrażenie jest nieco oszałamiające - jest bardzo szeroko. Wyobraźnia maluje przeróżne sceny jakichś problemów gdzieś pośród rzeki... szczególnie dla naszego kolegi który przed tem nigdy nie jeździł na takie wyprawy. Jednak pogoda jest dobra, Barguzin jest płytki, wjazd do rzeki widoczny na prawie 1/3 szerokości rzeki.
Są dwie możliwości pokonać bród - jechać prosto ku przeciwnemu brzegu lub jechać do środka rzeki a potem pod prąd na wyspę. Ta druga opcja psychologicznie jest trudniejsza, bo sporo zwiększa się odległość którą trzeba pokonać po wodzie. Ale właśnie ten sposób przejazdu brodu jest prawidłowy - tylko nie wszyscy o tym wiedzą. Jadąc prosto u przeciwnego brzegu jest jama, i przy wysokiej wodzie auto może popłynąć lub zaczerpnąć wody. A środek rzeki jest płytki - za wyspą rzeka traci swoją silę i razem zostawia tutaj kamienie które niesie ze sobą. Docieramy do wyspy bez problemów - a jednak robi to wrażenie. Za wyspą w taką pogodę tylko kamienie, wody niema. Jeszcze kilka set metrów po otoczakach i jesteśmy na brzegu. Wracamy się do wyjazdu z brodu żeby jeszcze raz popatrzeć na rzekę i stronę od której przyjechaliśmy. Mamy za sobą jedno z najwiekszych wyzwań naszej podróży. W jedno auto. To cieszy, możemy być dumni z siebie - nie wiele osób to zrobiło. Oczywiste że ryzykowaliśmy - na tej trudnej 160-kilometrowej drodze mogło stać się byle co. To, że dwa razy mieliśmy problemy z przejechaniem przez "wanny" to tylko rozgrzewka. Zawsze mogło by być wiele gorzej, ale nie było. Nasz Disko dostarczył nam przyjemność pokonać tą drogę absolutnie bezproblemowo.
Noc była chłodna
Zaraz pakujemy się
Po przebadaniu przejechaliśmy bez problemów
I piękny modrzewiowy las
Na wyjsciu głębokie koleiny
A i łopata idzie w ruch
Szekość ok. 35 metrów
Przełęcz Rukhlovsky
Tutaj już ok. 100 metrów
Marzenia się spełniają
Jesteśmy już na końcu doliny Barguzinu, przed górami lub początku po górach. Zależy z której strony przyjechać - dla nas to jest początek doliny. Tutaj jest kilka miejsc, w których spod ziemi wypływają gorące źródła. Jedziemy w jedno z takich miejsc - Kucheger. To dziwne miejsce. Na dużej łące z torfu wypływa kilkanaście różnych źródeł. Każde z nich ma jakieś swoje lecznicze właściwości. Stoją drewniane domki, w każdym z nich jest kąpielisko i lecznicza woda która ma swoją temperaturę. Było gorąco, ponad 30 stopni w cieniu - więc pytamy gdzie tutaj jakiś domek z mniej gorącą wodą. Pokazali na domek - tam woda nie jest gorąca, raczej chłodna. W rzeczywistości woda miała coś około 40 stopni - zastanawialiśmy jaka temperatura jest w tych innych nie chłodnych kąpieliskach? Ale i w takiej wodzie wspaniale odświeżyliśmy się po trudnym dniu. Zapach wody taki sobie, jak zepsute jajko. Kąpać się tutaj może każdy chętny - i to całkowicie za darmo. Nikt nie sprzedaje biletów, niema żadnych bram. My przyszliśmy po prostu ścieżką przez łąkę od strony wsi. Ludzi mnóstwo - widać że przyjeżdżają z daleka żeby coś sobie poleczyć w źródłach. Płatne są tylko procedury pod nadzorem i z uczestnictwem lekarza - ale my takich nie potrzebujemy. I tak po kąpieli czujemy się jak nowo narodzeni.
W Ulyunkhan robimy zakupy. Piwo nam się skończyło ale i zapasy jedzenia też musimy uzupełnić. Szukamy miejsca na nocleg. Jedziemy w stronę Kurumkan. Trafiamy na pierwszą na naszej drodze buddyjską stupę. Ponieważ takie coś widzimy z bliska pierwszy raz zatrzymujemy się. Budyzm dla nas to egzotyka, ale tutaj w Buriacji to podstawowe wyznanie. Fotografujemy się żeby mieć pamiątkę. Pózniej to już nie robi aż takiego wrażenia, bo stupy spotykamy wszędzie. Jeszcze kilka kilometrów i słabo widoczna dróżka w lewo wyprowadza nas znowu na brzeg Barguzinu. Rzeka tutaj już bardzo szeroka, jakieś 300 metrów. Płytko, na dnie piasek i pewnie można byłoby pieszo przejść na drugi brzeg. Miejsce na nocleg po prostu wspaniałe. Jedynym problem jest to że cały plac został zaminowany przez krowy. Ale kiziak jest suchy więc bez problemu czyścimy sobie miejsce.
Widoki przepiękne - powoli płynący Barguzin po lewej i wierchy Gór Barguzińskich po prawej. W trawie wszędzie szarańcza. Idziesz i spod nóg odlatują, ale i tak od czasu od czasu same zmieniają miejsce. Kąpiemy się w Barguzinie. Wieczór jest tak gorący, że śpimy na zewnątrz w naszym pawilonie przeciwmoskitowym. W nocy przychodzą krowy, czym prawie na śmierć straszą naszego kolegę. On wszędzie widzi misie. Krowy jednak nic nam nie zrobiły i spaliśmy dalej.
Rano jedziemy dalej w stronę miejscowości Kurumkan, skąd zaczniemy wędrówkę po dolinie Barguzinu. Zadziwiające swoim pięknem miejsce. Tutaj obserwujemy i step, i wydmy, i sołonczaki po wyschniętych jeziorach. Wszędzie wolno pasą się konie i krowy, nikt ich nie nadzoruje. Tam i siam stoją jakieś chałupki - to letnie obozy ludzi, do których należą te krowy i konie. Środkiem doliny kiedyś szła asfaltowa droga ale kiedy spalił się most przez Argadę przestała być używana i popadła w ruinę. Mostu nie odbudowano i droga zanika w trawach. Argada szeroka, dno miękki piasek. Widać że ktoś tutaj przejeżdżał, ale my jesteśmy sami, nie ryzykujemy - jedziemy w prawo. Tam na innej drodze jest nowy most. Wracamy na naszą trasę i jedziemy dalej. Następną rzekę Ułan-Burga, gdzie też niema mostu przejeżdżamy w bród. Dalej na nas czekają znane atrakcje doliny: Iniński sad kamieni, dla Buriatów święty kamień-byk Bukhe-Shulun, Suwoński zamek (zbiorowisko skał) i Algińskie słone jeziora. I cały czas towarzyszy nam gorący wiatr. Woda w jeziorach jest obrzydliwa, zarówno smakiem jak i zapachem. Dojście do wody prawie nie jest możliwe - wszędzie lecznicze słone błoto. Jednak nie korzystamy z tych dobrodziejstw bo nie będzie czym potem zmyć tej czarnej powłoki.
Jedziemy do Ust - Barguzinu, miasta gdzie Barguzin wpada do Bajkału. Zatrzymujemy się na przekąskę - pierwszy raz próbujemy właściwe buriackie buzy. Danie podobne do pierogów z mięsem, ale gotowane na parze, a ciasto nie zamknięte całkiem. Powinno się jeść tylko palcami, ale nie jest to takie proste. Jeżeli ciasto było dobre w środku będzie pełno gorącego soku... To danie już próbowaliśmy robić w domu, jednak tutaj są lepsze. Będziemy się uczyć. Po przekąsce jedziemy dalej, teraz już cały czas na południe wzdłuż Bajkału. Kilkadziesiąt kilometrów jazdy i docieramy do Maksimikha, pięknej plaży nad Bajkałem. Bez większego zastanowienia się decydujemy że zatrzymujemy się tutaj. Jutro nigdzie nie jedziemy - będziemy odpoczywać. A na plaży mnóstwo ludzi. Skąd? Najbliższe większe miasto, Ulan-Ude, jest jakieś 250 km stąd. Ale dla Rosjan to nie odległość. Cudem znajdujemy wolne miejsce. Trzeba długo manewrować, żeby wjechać autem pomiędzy drzewa, nawet niedawna praktyka na zimniku nie pomaga. Jakoś rozstawiamy pawilon - teraz już nie boimy się komarów. Oczywiste kąpiemy się w Bajkale tego samego wieczora.
Tutaj step, a tam już góry
Tu był most - w bród nie ryzykowaliśmy jednym autem
Droga przemierzona :)
Plaża Maksimikha - słońca zachód
Wczesny ranek zaczynamy do kąpieli w Bajkale, jest jeszcze cicho, większość ludzi śpi, a ci co nie nocowali tutaj jeszcze nie podjechali. Woda jest tutaj cieplejsza niż w Severobaykalsku i dno piaszczyste. Ale niema tej przejrzystości wody co tam - jednak dużo ludzi, motorów wodnych, łódek. Nad Bajkałem mgiełka - palą się lasy na drugim brzegu. Jadąc widzieliśmy wiele miejsc gdzie las był wypalony... I nawet nie trzeba pomocy człowieka - wystarczy słońce i kropla rosy w odpowiednim miejscu gdy jest ponad 30 stopni. Przeciwnego brzegu przez tą mgiełkę niestety nie widać tak jak przy Severobaykalsku dlatego ma się wrażenie że kąpiesz się w morzu.
Po śniadaniu zaczął się ruch, przybywali plażowicze, taszcząc ze sobą nawet ciężki wodny sprzęt. Niestety z ciszą dzisiaj tutaj będzie problem. Większość ludzi ma wschodnie rysy twarzy. Rodziny z 3-4 dziećmi to raczej norma. Z każdej strony szum. W wodzie pełno nie tylko kąpiących się, ale i łódek, motorówek, kutrów.
Idziemy pieszo do wsi Maksimikha - będzie około dwóch kilometrów. Chleb nam się skończył, a i zapas piwa też sięgnął swojego minimum. Wieś nieduża i całkowicie zorientowana na przyjeżdżających na odpoczynek. Oczywiste że ceny są odpowiednio wysokie. Ale wszystko jedno kupujemy omul. Bo tej ryby nie da się nigdzie indziej posmakować - tylko tutaj nad Bajkałem. Szkoda, że dostaliśmy tylko wędzonego - ponoć świeżo solony jest rewelacyjny. Leniwie spędzamy resztę dnia. Wieczorem niedaleko obok w piasku zakopuje się Lada. Próby wyjechania skończyły się zagotowaniem płynu chłodniczego. Wyciągamy go, bo nawet wypchać go nie da rady.
Rano zbieramy się i ruszamy w stronę Ułan-Ude. Faktycznie naszym celem nie jest miasto, ale nieduża wieś Górna Wołga leżąca na południowy-zachód od niego. Jedziemy pooglądać Iwołgiński dacan - centrum buddyzmu w Rosji. Miasto nowoczesne którego widok uświadamia nam jeszcze bardziej że jesteśmy na wschodzie. Inna architektura, rysy dachów, nawet bloki wyglądają tez po wschodniemu. Do Bajkału w linii prostej jest około 100 kilometrów i tutaj już nie czuć świeżego wiaterku od jeziora. Temperatura sięga 36 stopni. Docieramy do dawana czyli całego kompleksu przeróżnych budynków z tygrysami i smokami. Pełno tutaj ludzi. Jedni jak i my rozglądają się, inni się modlą. Wszędzie szaleństwo kolorów - nawet niepasujące do siebie kolory tutaj tworzą wspaniała harmonię. Szkoda, wewnątrz wszędzie zakaz fotografowania. W porównaniu do zwyczajnych nam kościołów katolickich tutaj nie ma sztucznej okazałości i nic nie próbuje przytłaczać tych, którzy przychodzą żeby wznieść modły do swojego Boga. Tutaj wszystko jest dla ludzi - prosto, kolorowo, żywo i radośnie.
Ale my jedziemy dalej. Wracamy w stronę Bajkału i jedziemy na południe. Nocujemy w miasteczku Bajkalsk. Nie znaleźliśmy miejsca na nocleg na brzegu jeziora są tutaj skaliste, a wszystkie lepsze miejsca zajęły przez bazy turystyczne. I na dodatek zaczął padać deszcz więc śpimy w małym hoteliku w mieście.
Nad jeziorem mgiełka od pożarów tajgi
A do tego piwo
To nie bezludny zimnik
Centrum budyzmu w Rosji
Jak ich tak dobrać żeby pasowały do siebie?
My zrobiliśmy koło wokół Bajkału!
Rano jedziemy dalej. Droga wykuta wysoko w skalach - jest pogoda i możemy widzieć nawet przeciwny brzeg jeziora. Przejeżdżamy miasteczko Slyudyanka, typową miejscowość wypoczynkowo-kurortową. Tłumy spacerowiczów, pełno sklepików z atrakcjami turystycznymi. Nie zatrzymujemy się bo nie lubimy tych przepychanek na deptaku a nad Bajkałem jest tyle spokojnych i pięknych miejsc.
Trzy dni temu zaglądaliśmy na północną końcówkę jeziora, a teraz jesteśmy w miejscowości Kultuk i patrzymy no południowy jego brzeg. To znaczy że już praktycznie objechaliśmy Bajkał dookoła! To tylko dwa punkty na mapie, oddalone jeden od drugiego o jakieś 600 kilometrów, ale jaka to trudna prosta droga! I jaka piękna dzięki otaczającej ją przyrodzie. Od dzisiaj już cały czas droga nas będzie prowadzić w stronę domu. Jest nam radośnie i zarazem troszkę żal. Jedziemy w stronę Irkucka. Przed samym miastem znowu zaczyna się ograniczenie mocy silnika, specjalne programy auto wyłączyło, i coś na żółto świeci na zegarach. Hamulec jakoś dziwnie reaguje na próby hamowania. Zjeżdżamy na boczną dróżkę, czytam błędy - problem z czujnikiem pedału hamulca. Wyciągam go - wyglada dobrze. Niepotrzebnie go rozbieram a złożyć z powrotem normalnie niema żadnych szans. Sprawdzam napięcie na kablach. Na jednym z dwóch kontaktów niema +12V. Wszystko jasne - problem z połączeniem przewodów w progu pasażera. Akurat nabraliśmy troszkę wody z tej strony na drodze 110. Tymczasowo mostkuję kontakty pomiędzy sobą i z takim trochę nie takim czujnikiem jedziemy do miasta. Szukamy dilera LR i całe szczęście znajdujemy. Młody sprzedawca rzuca okiem w komputer i mówi że jest tylko kompletny pedał hamulca. Jestem nieco w szoku i proszę o poszukanie samego czujnika. Po konsultacjach z kolegami czujnik się znalazł! Na parkingu montuje czujnik na miejsce i znowu mamy wszystko w porządku. Będziemy nocować w Irkucku, jest już popołudniu, chcemy obejrzeć miasto, a potem już będzie za późno wybierać się na zachodni brzeg jeziora.
Piękne miasto ze starymi syberyjskimi domami, leżące na brzegu Angary, jedynej rzeki wypływającej z Bajkału. Jest jeden mankament, obcemu kierowcy i pieszemu cieżko poruszać się po ulicach. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo nigdy nie wiesz z której strony pojawi się inne auto. A jak oni ścinają zakręty w lewo na skrzyżowaniach... dla niedoświadczonego pieszego jest tutaj na prawdę niebezpiecznie :) Co ciekawie, praktycznie nikt nie trąbi, wszyscy wiedza co kto robi. Ale ja naprawdę spociłem podczas przejazdu po mieście. Kolacje zjedliśmy w całkiem niepozornej uzbeckiej knajpce, ale jedzenie było pyszne. Szczególnie chleb w kształcie placka świeżo pieczony w tandoorze. Rano chcieliśmy kupić takiego chleba - niestety jeszcze nikogo nie było.
I kolejny problem - padł czujnik położenia pedału hamulca
Prawdziwe syberyjskie miasto
Most zakochanych
Jedziemy na zachodni brzeg jeziora. Nie, nie na Olkhon jak wszyscy robią. Są równie ciekawe a może nawet i ciekawsze miejsca bez kolejek na prom, bez tysięcy turystów. To stepy Tażerańskie, na prawdę godne uwagi miejsce. Szkoda, że czasu już nie mamy za dużo. Musimy zobaczyć jak najwięcej w ciągu jedynie trzech dni. Na nas jeszcze czeka długa droga do domu, ale stepy nie mogą zostać nie obejrzane. Skąd tutaj pojawiły się stepy, przecież to królestwo tajgi? Oczywiste że asfalt to nie nasz sposób podróżowania. My jedziemy szutrami przez Maloye Goloustnoye i Buguldeyka. Za miastem asfalt szybko zamienia się w drogę żwirowa, potem złej jakości drogę żwirową, a potem koleiny, jamy i maras. Używamy nawet wyciągarki, a tym czasem obok objazdem którego nie zauważyliśmy przejeżdża najzwyklejsza Lada. Maloye Goloustnoye to prawdziwa syberyjska wioska, domy z ciemnych od czasu bali, rzeźbione okiennice. Dużo pustych domów bo życie tutaj nie jest łatwe. Ileś razy przejeżdżamy w bród rzekę Kurtun. Jeżeli obok mostu jest bród jak z tego nie skorzystać? :) Co prawda pierwszy z nich i tak musieliśmy zaliczyć bo most tutaj rzeka zniszczyła wiosną kilka lat temu. Powoli dojeżdżamy do miejscowości Buguldeyka, próbujemy dojechać do Bajkału, ale jesteśmy nie na tej stronie rzeki. W końcu rezygnujemy, szkoda tracić czas, robimy przerwę na przekąskę i jedziemy dalej. Skręcamy na drogę w stronę miejscowości Yelantsy. Tuż na górce nad Bugudeyką jest opuszczony nieduży kamieniołom marmuru. Jeszcze kilka lat temu tutaj można było spotkać stróża. Teraz niema nikogo, tylko wiatr, piękny kamień i widok na Bajkał.
Jedziemy dalej. Docieramy do wioski Petrova. Tutaj jest kawiarenka Brigantina, ze słów tych co już jeździli w tych okolicach tutaj są najlepsze buuzy nad Bajkałem. Pora na obiadek, więc sprawdzamy. Są na prawdę pyszne, świeże, gotują ich na poczekaniu. Teraz odbijamy z drogi w prawo i jedziemy ku skalom Sagan-Zaba. Tutaj są petroglify. Najstarsze z nich mają około 4000 lat. Dojazd do brzegu nie jest możliwy, trzeba iść leśną ścieżką zboczem brzegu Bajkału z dwa kilometry ok. 200m w dół. Nad jeziorem sztorm, fale faktycznie jak w morzu, uderzają prosto w ścianę, na której są rysunki. Trzeba byłoby jakoś przejść dalej, tam jest ich jeszcze, ale fala tak duża że nie ryzykujemy. Wystarczy nam tego co zobaczyliśmy. Wracamy z powrotem już po zmroku. Jest trochę nieprzyjemnie, jednak idziemy przez tajgę. Docieramy do auta i na nocleg jedziemy tam gdzie do jeziora wpada rzeka Birkhin bo tam jest plaza. Gdy stawiamy pawilon jest już ciemno. Pogoda marna, nadal silny wiatr, Bajkał hałasuje. Bliżej góry jest więcej nocujących. Nocą wiatr nieco uspokaja się ale za to zaczyna się deszcz. Pawilon nie zbyt nadaję się do spania w taką pogodę, musimy go zabezpieczyć w środku nocy od deszczu folią. Poranek już jest spokojny i słoneczny.
Wyruszamy dalej. Musimy przejechać przez niezbyt wysoki grzbiet. Wjeżdżamy bez problemu ale po drugiej stronie zjazd jest z wielkim przechyleniem. To nie było przyjemne jednak udało się zjechać. Coraz mniej drzew. Jeszcze kilka wzniesień i zjazdów, i na kolejnym wzniesieniu przed nami otwiera się dolina rzeki Anga. I święta góra buryatow - Yekhe-Yordoy. Widok z wysokości wspaniały. Za rzeką step Tażerański którego z braku czasu nie będziemy dokładnie eksplorować. A tam są i jaskinie, i jeziorka, i widoki. My pojedziemy dalej wzdłuż brzegu Bajkału, ale drogą. Zaglądamy na lewy brzeg rzeki bo tam w skalach też są petroglify. Jednak nie umiemy ich odnaleźć. A tu jeszcze nam rozpada się osłona tarczy hamulcowej na tylnym lewym kole i musimy je zdjąć żeby usunąć resztki. Teraz już wiemy co brzęczało i piszczało na początku Zimnika - wtedy nie umieliśmy odnaleźć przyczyny.
Wracamy na drogę i jedziemy do steli z orłem. Orła widzieliśmy już tutaj kilka razy na żywo. Wjeżdżamy jeszcze na płaskowyż stepów bo stamtąd jest wspaniały widok na drogę i stelę z orłem. Jedziemy do miejscowości Sakhyurta, to stamtąd pływają promy na Olkhon. Kolejka aut jakichś 300 metrów. To nijak nie zachęca do odwiedzania tej przereklamowanej wyspy. Miejscowych z turystami i bez puszczają bez kolejki. My jedziemy dalej zachodnim brzegiem Bajkału. Asfalt zmienia się w drogę żwirową. Dwa dość długie podjazdy pod górkę i znowu komunikat na wyswietlaczu Engine System Fault i specjalne programy wyłączone. Silnik jakiś słabszy. Co znowu? Jakieś problemy? Wygląda że jest coś nie tak z turbiną. Cięgno regulacji stoi jakoś dziwnie nie w miejscu, kiedy próbuje je poruszać chodzi nienormalnie mało. Dziwne. Nie wyglada na zapieczone jak to czasami się zdarza. Ale po prostu nie chodzi, jak by coś blokowało mechanizm. Oczywiste jest że tutaj turbiny zdejmować nie będziemy. A i nie jest to prosta czynność w D3. Póki co jedziemy dalej i zobaczymy jak sytuacja będzie rozwijać się dalej. Jeżeli za bardzo nie dodawać gazu to błąd nie wyskakuje. Więc jedziemy. Zatrzymujemy się na brzegu na przeciwko wsi Khuzhir, która jest w centrum wyspy. Olkhon jak na dłoni, prawda jakieś 20km od nas :) Resztę dnia przeznaczamy na odpoczynek. Jutro wracamy do Irkucka, a stamtąd już do domu. Jeszcze raz oglądamy turbinę. Mechanicznie nic się nie zmieniło, cięgno chodzi tylko kilka milimetrów. Nie wiadomo co tam się stało w środku, zostawiamy to w spokoju. Kąpiemy się, obserwujemy jak zmienia się widok na Olkhon gdy słońce powoli idzie na zachód. Woda jest tutaj całkowicie przejrzysta, ciekawe uczucie przy pływaniu. W powietrzu zapach lasu i smoły. Za naszymi plecami strome zbocza sopok (tak tu nazywają górki w formie kopców). Jak że tutaj wszystko przepiękne! Nam się udało bo nad Bajkałem dopisała pogoda, było słonecznie i ciepło.
Nocą misie znowu nie przyszły. Rano pakujemy się, robimy ostatnie zdjęcie z Bajkałem, wrzucamy do wody monetki żeby tutaj jeszcze wrócić i jedziemy.
I sztorm nad Bajkałem
Przechylenie troszkę duże..
W centrum święta góra buryatow - Yekhe-Yordoy
A my widzieliśmy prawdziwych
A my pojedziemy dalej zachodnim brzegiem
Widać przystań promów i droga
Zbliża się koniec tygodnia i ludzi na brzegu coraz więcej. Kolejka na Olkhon już z kilometr będzie... Na podjazdach pod górkę znowu błędy - brakuje mocy. Wiadomo, turbina nie pracuje w trybie normalnym... W Irkucku oglądamy słynny dworzec kolejowy. Nie robi na nas specjalnego wrażenia, jest piękny i tyle. Przyroda wokół miasta jest o wiele ciekawsza i piękniejsza. Zanim wyjeżdżamy z Irkucka jest późne popołudnie. Za Usolye-Sibirskoye zatrzymujemy się na brzegu rzeki Belaya pod kilkoma brzozami. Drzewa na ognisko w pobliżu nie ma. Ale kilkaset metrów dalej sucha brzoza. Ścinamy ja, przyciągamy autem i będzie ognisko i szaszłyk. Na nami kilka razy nisko przelatuje bombowiec odrzutowy Tu-22. Piękna maszyna! Tutaj niedaleko jest lotnisko wojskowe. Woda w rzece strasznie zimna, ale przy ognisku jest ciepło. Szaszłyk na węglach nam się udał.
Rano jedziemy dalej. Za oknem ciagle zmieniają się widoki. Wsie, bezgraniczne pola, miasta. Na nocleg zatrzymujemy się pomiędzy Kanskiem i Krasnoyarskiem. Znowu musimy na ognisko wyciąć suchą brzozę bo nic więcej suchego nie ma. W Syberii generalnie jest ciężko znaleźć suche drzewka - tutaj wszystko rośnie. Pojawił się dodatkowy problem - jakieś dziwne dźwięki spod auta, wyglada że z reduktora. Dźwięk zależy od obrotów i co z tym zrobić całkowicie nie ma żadnej jasności. Następny dzień. Teraz jeszcze i spod maski dziwny dźwięk silnika. Czmych, czmych, czmych.. Na nocleg zatrzymujemy się 200km przed Nowosibirskiem. Okazuje się że 6 wtrysk cały w sadzy i jest przedmuch. Ledwie daje się wyciągnąć, chociaż zwykle wtryski w tym silniku wychodzą łatwo. Przedmuchało podkładkę. Czyścimy gniazdo jak umiemy bez freza, zmieniamy miedzianą podkładkę, stawiamy z powrotem. Nic z tego, dalej jest źle. Wyciągamy wtrysk jeszcze raz, znowu czyścimy gniazdo, odpuszczamy podkładkę na gazie, składamy wszystko. Teraz jest dobrze. F-u-u-u, cholerny fachowiec z Czelyabinska, który w niczym nam nie pomógł. Ale gadał mądrze i maszyny miał dobre. Nie dość że straciliśmy na jego usługach i dwóch nowych wtryskach, to jeszcze i przedmuch, którego mogło nie być, gdybymśmy nie wyciągaliśmy tam niepotrzebnie wtrysków. Cięgno na turbinie dalej stoi nie tak jak trzeba i prawie nie rusza się.
Następnego dnia na nocleg zatrzymaliśmy się 300km od Omska. Po prostu zjechaliśmy dróżką w bok od drogi jakichś 300 metrów. Nazbieraliśmy kurek - będzie dobra kolacja. Jesteśmy na terenie mokradeł Vasyugan. Z kiepskich rzeczy, to powoli pojawiają się komary, których nie było nad Bajkałem i wyglada że problem z turbiną zwiększa się. Częściej wyskakuje błąd, wtedy mamy ograniczenie mocy, która i tak jest mniejsza niż normalnie. Widocznie tak do domu nie dojedziemy, będziemy musieli coś z tym zrobić. Na następny dzień już jesteśmy 80 km od Kurgana. Komarów tutaj dywizje. Wszystkie wściekłe i BARDZO głodne. Nawet pawilon nie pomaga bo włażą do środka spodem. Zaczynamy mieć mniej więcej jasność dlaczego następuje utrata mocy. Zmienił się dźwięk silnika w kabinie, stal się niskotonowy. To od razu mi przypomniało sytuację kiedy przepaliła się rura pomiędzy kolektorami wydechowymi. Też była utrata mocy i dźwięk niskotonowy. Prawda to nijak nie wyjaśnia czemu cięgno nie chce się ruszać ... Jedziemy do Złotoust, tam będziemy naprawiać. Ledwie wjechaliśmy na górę ze stelą Azja-Europa. Dymiliśmy jak parowóz bo u nas teraz był diesel całkiem bez turbiny. I tak jeszcze nie jest źle - turbina nie robi, auto załadowane, a średnie spalanie 14.5 litra/100km.
Na następny dzień jedziemy do garaży. W Rosji to jakby drugie miejsce zamieszkania facetów. Oni tam spędzają dużo wolnego czasu, coś naprawiają, ulepszają w autach, a czasami i nie tylko... Wjeżdżamy na podjazd - cała prawa strona skrzyni biegów w sadzy. Pytań niema, trzeba kolejny raz naprawiać rurę pomiędzy kolektorami. Robimy to u znajomego naszych przyjaciół ze Złotoust bo jest potrzebna spawarka. To jest kolejna robota, która wcale nie jest prosta do zrobienia a bez spawarki w ogóle jest niemożliwa. Następnego dnia wszystko jest gotowe. To nic nie zmienia z turbiną - regulacja nadal będzie zablokowana, ale chociaż jakoś będzie się potem rozkręcała. Jest zdecydowanie lepiej - teraz już dojedziemy do domu. Następnego dnia ruszamy w drogę. Nocujemy przed Kazaniem. Jedzie się lepiej, a przynajmniej nie dymimy. Następnego wieczora nocujemy już prawie pod samą Moskwą. Jesteśmy blisko Sergijew Posad. Tu jest kompleks ławry Troicko-Siergijewskiej. Tutaj można by spędzić nawet cały dzień ale nie mamy już tyle czasu. Obejrzeć jednak trzeba, tym bardziej że nasz kolega tego nie widział. My z Kochaną byliśmy tutaj w 2011 roku wracając ze Złotoust. Zabytki naprawdę robią duże wrażenie. Mnóstwo ludzi i jak zwykle w takich miejscach, są ci co oglądają, i ci co chcą się pomodlić.
Pod wieczór już robimy zakupy w Velikye Luki. Nocujemy w lesie jakieś 20-30 km dalej. Zaczyna padać uporczywy deszcz i wszystko jest wilgotne. Rano bez problemów przekraczamy granicę. Nocujemy znowu naszych przyjaciół na Litwie. Do domu zostało 950 km. Już w Polsce całkiem odmawia współpracy czujnik zawieszenia, z którym były problemy przed Bajkałem. Nadmuchujemy poduszki zawieszenia i dojeżdżamy do domu bez problemów mimo że są potężne korki w Częstochowie. Jest 35 dzień od dnia naszego wyjazdu z domu i przejechane 16500 km pomiędzy tymi datami. Nareszcie będziemy spać w wygodnym łóżku:) Jesteśmy szczęśliwi bo wszystko się nam udało tak jak planowaliśmy. Nie była to lekka i prosta podróż ale wspaniałe jest to że pokonaliśmy wszystkie trudności, byliśmy tam gdzie mało kto dociera i zobaczyliśmy jedno z najpiękniejszych miejsc naszej Ziemi.
Tutaj nad nami krążył TU-22
Tam było "trochę" komarów...
a) Problem z turbiną - regulacja została zablokowana przez kawałeczki wewnętrznej warstwy rury pomiędzy kolektorami. Niestety, turbina była już nie do naprawy. Ale udało się z dwóch złożyć jedną - jeździ i dzisiaj :) Upd.: już nie jeździ - w maju 2022 silnik zakonczył swoj żywot - pękł wał. Z powodów problemów z silnikami 2.7/3.0 została przyjęta decyzja o wstawieniu silnika 3.6 od Sporta.
b) Problem z reduktorem. Reduktor musiałem rozebrać bo przeciekły simmeringi na przednim i tylnym wale. Okazało się że w czasie podróży rozleciał się separator łożyska wewnątrz reduktora. Kulki w łożysku zbierały się w jednym miejscu - stąd był dziwny dźwięk.
c) Czujnik zawieszenia został po prostu wymieniony.
d) Osłona tarczy z tyłu jest praktycznie nie wymienialna - została wymieniona cała piasta na inną z osłoną.
e) Osłony silnika i skrzyni wymagały prostowania... :)
f) różne inne drobiazgi.
Ta wyprawa nauczyła nas dużo czemu. Po pierwsze że nie trzeba się spieszyć i lepiej jest pomysleć niż robić coś na szybko. Że nie możliwe rzeczy są możliwe i lepiej to sprawdzić - taniej wyjdzie. Że ludzi naprawdę poznaje się tylko wtedy, gdy są jakieś problemy. I że nie z każdym warto wybierać się w daleką podróż. Tak jak śpiewał kiedyś Włodzimierz Wysocki:
Gdy okaże się nagle że druh
Ni druh, ni wróg - a tak!
Gdy od razu nie poznasz czy,
Dobry on czy zły -
Ryzykuj - chłopa w góry bierz!
Nie zostawiaj go samego,
Niech się liną jedną zwiąże z tobą -
Wtedy zrozumiesz, kim jest on.
Kilka słów o Zimniku. O pięknie tych miejsc pisać już nie będę - to tam jest i będzie tam zawsze. Co do trudności przejazdu - nie mogę powiedzieć że są tam jakieś specjalne trudności ALE tylko przy DOBREJ pogodzie. Deszcz zwiększy trudności, szczególnie tam gdzie płynie Sramnaya i w brodach przez Kovyli i Barguzin. Spokojna rzeczka Sramnaya będzie przewracać kamienie. A Kovyli i Barguzin będą chcieć was utopić.
W większości opisów trudności tej drogi są tak powiedzmy nieco wyolbrzymione. W rzeczywistości jeżeli jedzie się bez pośpiechu niczego strasznego tam nie ma. Jeszcze podkreślę - przy dobrej pogodzie. Co nie znaczy, że można pierwszy raz usiąść za kierownicą terenówki i już jechać samemu na Zimnik. Nie i jeszcze raz nie. Nie samemu, tylko w grupie. Samemu można pojechać mając doświadczenie, przygotowane auto, mając pojęcie o nawigacji i wiedzę, jak przejechać niektóre miejsca, bo są technicznie wymagające odcinki, gdzie są potrzebne dobre mocne terenowe opony, wyciągarka, lift i koniecznie osłony. A są odcinki drogi gdzie przejedzie byle co. Niektórzy biorą ze sobą worki z trocinami dla przejazdu po kamieniach. Według mnie to jest niepotrzebne, ale jak ktoś chce to można zabrać z Nowego Uoyana. Czemu od strony Nowego Uoyana? Bo jeżeli jechać od przeciwnej strony was mogą po prostu nie wpuścić na teren rezerwatu Dzherginskij szczególnie jeżeli jest możliwość letnich pożarów i wtedy trzeba zostaje się z niczym. Na Zimnik trzeba mieć duży zapas jedzenia na kilka dni gdyby zaczął padać deszcz i podniesie się poziom rzek. ewentualnie można wtedy poczekać aż przyjedzie Ural i przewiezie was na drugą stronę. Nikogo nie straszę - takie są tam realia i trzeba o tym pamiętać.
I nie zapominajmy o atmosferze oraz nastawieniu psychicznym w swojej ekipie ale i pozostałych ekipach. W niektórych przypadkach łatwo jest stracić dużą część przyjemności z podróży jeżeli coś pójdzie nie tak. Gdy podróż trwa miesiąc nawet drobiazgi potrafią stać się problemem.
I na koniec podziękowania:
- Tym nieznajomym ludziom którzy będąc obok po prostu zapytali, czy mogą nam w czymś pomoc;
- MasterLR z rosyjskiego klubu LR za konsultacje;
- naszym przyjacielem w Złotouscie i na Litwie za gościnność;
- naszemu koledze który cierpliwie przetrwał z nami całą wyprawę;
- wszystkim którzy nam w czymś pomogli.
Email: vmatasv@gmail.com
created with
Offline Website Builder Software .