Ranek, budzimy się z myślą że przygody zaczynają się. Pogoda piękna, woda rześka, nawet bardzo. Śniadanie, pakowanie się i w drogę. W Kandałaksze tankujemy do pełna, napełniamy kanistry. Na stacji spotykamy polaków - wracają do domu od strony Umby. Krotka pogawędka i w drogę - dzisiaj musimy dojechać do pustyni Кузомень (Kuzomen) - przed nami dobrych 230 km. Tutaj się zaczyna Терский берег(Terskij bereg), chociaż turyści tak nazywają całe wybrzeże Białego morza od Kandałakszy. Tuż za Kandałakszą zatrzymujemy się - z punktu widokowego otwiera się bardzo piękny widok na zalew i mnóstwo wysp. Szkoda że słońce świeci prosto w aparat, jednak zdjęcia i tak są piękne, a widoki jeszcze piękniejsze.
Umba - jedyne większe miasteczko na wybrzeżu - dalej już tylko wsie. Do Umby nam nie wolno - jest ryzyko spotkać się z pogranicznikami. Wstęp cudzoziemcom tutaj jest zabroniony na odległości do 1 km od brzegu morza - rosyjskie podwodne jądrowe łodzie tutaj czasami robią szkolenia i nawet wypływają na powierzchnie. Byłoby ciekawie to zobaczyć - jednak nikt nie wie ile czasu trzeba byłoby czekać, a i pograniczniki na pewno zaciekawiliby się co my tu robimy. Jedziemy. Asfalt zmienia się drogą gruntową czerwonego koloru, jamy, jamy, czerwony pył.. W końcu prawie nie zwracamy uwagi na jamy - w Rosji nawet mówią „больше газу - меньше ям”(więcej gazu - mniej jam). Też stosujemy się :) Las obok drogi po prostu fantastyczny - ma białą podłoże. Tutaj już rośnie chrobotek - taki dziwny grzyb, który jest wyżywieniem dla reniferów zimą, kiedy w tundrze więcej nic nie ma.
Dojeżdżamy do brzegu Ametystów, skręcamy ku morzu. W tych czerwonych skałach można znaleźć ametysty. Nie mam współrzędnych najbogatszego miejsca, próbujemy szukać, jedziemy w stronę wschodu, jednak nic. Może to dalej, ale nie mamy zamiaru tutaj zanocować. Krotki spacer po brzegu morza, jest odpływ, widać rożne ciekawostki, trawy morskie, morska kapusta, meduzy. Gwiazd morskich niema. Na niebie chmury, od morza zimny wiatr, słońca nie ma i nie przewiduję się. Jedziemy dalej, zajedziemy na drodze powrotnej. Pustynia Kuzomen już blisko.
Czerwona ziemia zmienia się w piasek, las się kończy. Kałuże jedna za drugą, niektóre dość długie, niektóre głębokie. Wszędzie piasek, w kałużach też. Zabawa dla Discovery i kierowców. Dojeżdżamy do ujścia rzeki Варзуга. Jest szeroko. Mostu nie ma, na drugiej stronie wieś. Stoją auta - mieszkance wsi je tutaj zostawiają, a sami na łódkach przepływają do swoich domów.. Stoją trzech mostowy ZIL, jeszcze używany i na pół rozebrany, jakieś inne graty.. Na drugiej stronie na pierwszy rzut oka wieś pozostawiona, większość domów jak po jakimś huraganie. Fakt, że życie tutaj nie jest łatwe, ludzie żyją tylko z morza i rzeki. W tym piasku nic nie rośnie. I tutaj zauważam, że nie mam przedniej blachy. Pierwsza myśl - co będzie granicy? Druga - myślenie o możliwych problemach zepsuje mi całą podróż.. Trzecia - jest nadzieja że straciłem w pierwszej wielkiej kałuży jak tylko wyjechaliśmy na piaski. Dość szybko w nią wjechałem, woda mogla zerwać blachę, może tam leży.. I przypominam sobie że blacha na jednym z polskich aut była jakaś dziwna - chyba ręcznie robiona :) Szybka przekąska i wracamy te 10km do początku piasków. Jest blacha, leży w ogóle na brzegu kałuży, widocznie jak D1 za mną w nią wjechał woda wymyła blachę na piasek. Mam szczęście :) I już jestem spokojny - znowu nic nie psuje nastroju.
Jedziemy do wsi Kuzomen, spróbujemy kupić rybę, prawdziwą z rzeki, nie hodowaną gdzieś w Norwegii. Wieś to jedna ulica z piasku, osobówką nie bardzo przejedziesz, ale Ladą jak najbardziej. Stoją u domów. Kilka terenówek, nawet nowych. Kilka wyremontowanych domów, jeden możliwie nawet nowy, odnowiona drewniana cerkiew. Życie we wsi jest, coś się dzieje nawet tutaj, w naprawdę przez bogą zapomnianym miejscu. Chodnik zrobiony obok ulicy z desek, żeby nie męczyć się chodząc po piasku, a i na wiosnę na pewno taki chodnik jest niezbędny. Szukamy sklepu - okazało się że wjechaliśmy do wsi obok niego i nie zauważyliśmy. Wchodzimy, rozglądamy się, dziwimy się.. Od Umby 125 km, od Kandalakszy 230km, a tutaj są nawet winogrona, pomarańcze, banany, mięso, kiełbasy i tak dalej.. To nawet w litewskich wiejskich sklepach nie kupisz winogrona, a tutaj jeszcze trzeba uwzględnić, że nie każde auto przejedzie tą drogę.. To trochę przeraża - to co opowiadają u nas w TV jest daleko od prawdy. Pytamy o rybę. Mówią że tym czasem nie mają, może będzie jutro rano, ale możemy spróbować zapytać faceta na ulicy, co stoją z kolegą u domu. Kostya, nasz niezmienny negocjator na całą podróż pyta - ryba jest. Ile chcemy? Trzy? Będzie. A nocleg znajdzie się gdzieś w pobliżu, bo pogoda psuję się i jest chłodno i wilgotno? Też, nie ma problemu. Facet ma swoją działalność i prowadzi mały hotelik. Jak na taką wieś jest całkiem w porządku. Jest gaz, woda w studni, budka na zewnątrz, plastykowe okna i dwa piece, które możemy sobie napalić. W kuchni niezbędne przyprawy, olej, talerze - ale my i tak wszystko mamy. Najważniejsze że będziemy mieli dach nad głową - wygląda że będzie deszcz. A баня(laznia)? Chcielibyśmy wykąpać się. Nie, on nie ma. Ale kolega ma. Telefon, bania będzie. Jesteśmy po prostu szczęśliwi.
Mamy czas, dopóki przywiozą rybę i napala w łaźni. Jedziemy jeszcze nad morze. Kostia zostaję, będzie czekał na rybę i przygotowywał kolację. Wyjeżdżamy, tuż za wsią cmentarz w piaskach. Krzyże na niebiesko, kwiaty, wianki. Stare kości przed cmentarzem - wiatr ciągle przenosi piasek z miejsca na miejsce, stare groby wychodzą na powierzchnię. Smutne miejsce. Potem Morze. Białe i słone. Odpływ już się skończył, woda przybywa. Próbujemy morską kapustę, dobra, można jeść. Ale będziemy mieli coś lepszego :) Trochę bawimy się w piaskach wracając do wsi. Generalnie piasek jest ubity deszczem i wiatrem, trzyma auto dobrze. Nie jeździmy za dużo - każdy przejazd po pustyni to nowe możliwości dla wiatru roznosić piasek. Niech jest jaka jest i nie powiększa się, nie zasypuję tej wsi.
Mamy trzy łososie. Z kawiorem! Prawdziwym kawiorem z ryby. A Kostya wie jak to się czyści i przygotowuje się. Tylko odrobina soli i łyżka oleju. Chleb, masło i Putinka będą też potrzebne :) Wszystko gotowe dla przygotowywania kolacji, piece rozpalone. Próbujemy łososia na surowo - jest wspaniały. Kostia z Bożeną czarują nad pieczeniem ryby, my z Rolandem wspomagamy. Piwem też :) Młodzi periodycznie tracą się, trzeba nawet wołać jeść kolację, bo to koleżeńskie psy z okolicy, to fotografowanie, to jeszcze coś. Wygląda na to, że im dalej tym bardziej nie znajdujemy z nimi wspólnego języku. Ta dziewczyna chyba myśli że to ona tutaj jest najważniejsza.. O ile nigdy nie było problemu z tym chłopakiem kiedy jeździł sam ze mną pilotem na rajdy to teraz atmosfera odczuwalnie zaczyna być napięta. Zaczynam myśleć, że lepiej byłoby tylko w czwórkę z Kostia i Rolandem - wspaniale rozumiemy się pomiędzy sobą i nie mamy żadnych problemów.
Świeży kawior zapijany wódeczką to wspaniałe jedzonko, jak i surowy łosoś. Jednego solimy na dalszą drogę, reszta jest upieczona. Wspaniale, smakuje wyśmienicie. A teraz czas na prawdziwą rosyjską łaznię :) Bierzemy ze sobą piwo i jedziemy w drugi koniec wsi. Łaznia jest na wysokim brzegu Warzugi, i ostatnie 10 metrów trzeba schodzić po stromej drabinie. Na pierwszy rzut oka wygląda nieciekawie, woda chłodna, wiatr od morza. Musimy trochę wygrzać się - wtedy na pewno będzie lepiej. Łaznia jest w porządku, na górne pólkach nawet nie polewając kamieni wodą jest ciężko wytrwać. Pierwszy runda na spokojnie, bez wody i pary, trochę odpoczywamy na świeżym rześkim powietrzu. Wiatr już nie jest taki straszny - nawet przyjemny. Drugie wejście - trochę piwa do wody, siedzimy chwilkę, potem lejemy na kamienie. Zapach chleba i fala wilgotnego ognia, liżąca naszą skórę. Pocimy się błyskawicznie cali, siedzimy trochę - teraz już można wpaść w chłodne fale Warzugi. Dobrze ta bania była nagrzana..:) Już drugi raz kąpałem się w ruskiej banie - ciepło znowu było naprawdę porządne, i lodowata woda w rzece oczyszcza jak zewnętrznie tak i wewnętrznie.. Prawda, na Uralu woda w górnej rzeczce była jeszcze chłodniejsza. Wracamy na nocleg naładowani energia, jednak trzeba iść spać.
W nocy zaczyna się uporczywy deszcz, nie mocny i wyglądający że przyszedł na długo. Wracamy do Umby. Droga jest lepsza - nie pyli się. Jamy są te same i ich tak samo dużo - i cale 130 km drogi. Zjeżdżamy na brzeg Ametystów. Znajdujemy nawet kryształy tylko brak dynamitu, żeby to jakoś wydłubać. Zostawiamy. Mamy kilka kamieni z małymi krysztalikami i starczy. Ciekawe miejsce - czerwone skały na samym brzegu Białego morza i niebieskie inkluzy żył ametystowych. W czasie przypływu woda omywa skały, i jeżeli mieć dużo czasu, poczekać na odpływ - to na pewno pomiędzy kamieni można znaleźć wiele ciekawych rzeczy. My jednak jedziemy dalej - do Umby. Musimy już rozpocząć drogę na północ.
created with
Free Website Builder .