Droga Umba - Oktyabrskij

Umba, miasteczko na brzegu  morza

Południe, Umba. Tankujemy. Wjeżdżamy i do miasteczka - potrzebujemy chleb i inne produkty. Według mapy nie przekraczamy zabronionej linii. Nikt nie zwraca na nas uwagi - problemy mogą pojawić się tylko jeżeli nocować gdzieś w okolicy na brzegu zalewu. Nie mamy takich planów - nasza droga na północ. Kiedyś to była droga Umba - Kirowsk, jednak gdy wybudowano trasę do Murmańska ta droga straciła swoje znaczenie i powoli została tylko drogą dla turystów, myśliwych i grzybiarzy. Razem z tym zaprzestano o nią dbać, odcinki przez błota, wyłożone belkami zatopiły się. Belki z czasem częściowo zgniły, woda zatopiła duże odcinki - droga dzisiaj jest idealna dla miłośników aut terenowych.  

Początek drogi niczym nie przerazi nawet kierowcy osobówki - spotykamy kilka takich też. Widocznie grzybiarze. Grzyby tutaj rosną prosto u drogi i nawet na samej drodze. Temu jest proste wyjaśnienie - tak dostają więcej słońca i ciepła.   Możliwe, że miejscowi wiedzą lepsze miejsca niż u drogi - nam zupełnie wystarcza tego co rośnie w zasięgu wzroku. I ten ból w oczach kobiet, że nie stajemy za każdym grzybem. Naprawdę piękne, ale tak nigdy nie dojedziemy do naszego celu. Po trochę droga pogarsza się, pojawiają się kałuże, na początku małe, potem coraz większe, głębsze, ich coraz więcej. Pierwszy most przez rzeczkę - nie powstaję wahań, czy możemy przez niego przejechać. Następny wygląda dużo gorzej, trzeci nie do przejechania. To nam się podoba coraz bardziej :) 

Opuszczona droga

Jedziemy. Kałuże zamieniają się na brody, czasami długością 100 metrów, a to i więcej. Nie są zbyt głębokie, jednak pod woda są kamienie i jamy. Ni razu nie zdarzyło się, żeby woda całkowicie zatopiła maskę, jednak droga jest bardzo wymagająca. I razem z tym jest spełnieniem marzeń każdego, kto lubi wyjeżdżać w teren. Piękny las obok, wszędzie chrobotek, bagna też obok. Czasami zostaje tylko dziwić się, jak ci ludzie kiedyś wybudowali tutaj drogę. Spotykamy też znaki, że jeszcze nie tak dawno tutaj mieszkali ludzie. Opuszczone wsie lub nawet osobne domki, a wokoł las. Tajga. Co oni tutaj robili? Byli myśliwymi? Z czego w ogóle żyli, jak dojeżdżali? Wiadomo, w czasy radzieckie było troszkę inaczej, i nawet do najbardziej oddalonych wsi docierali автолавка (autosklep) – czyli takie małe sklepy na kołach. Teraz tego niczego nie ma, nikomu już nie obchodzi jak ci ludzie mają tutaj mieszkać i co mają robić żeby przetrwać. Opuszczone domy przedstawiają z siebie bardzo smutny widok, i na pewno już tutaj nikt nie wróci. Las zabiera swoje, przejdzie jeszcze kilka lat i nie będzie znaku, że ktoś tutaj mieszkał. Jedziemy przez brody pomiędzy bagnami z obu stron, rzeczki.. Ciągle pada deszczyk i woda jest wszędzie. W większości jadę pierwszy – czemuś to eTrex w D1 nie pokazuje śladu, a tutaj jednak są jakieś skrzyżowania.   Droga żyje swoim życiem, dużo śladów, ale te ślady tylko od ciężkich opon. Bez odpowiednich opon i wysokiego nadwozia tutaj nie dotarć, tylko Lada Niva tutaj jest częstym gościem. Spotykamy kilka. Lekkie auto, z napędem 4x4 może dotarć praktycznie wszędzie. Im dalej na północ tym więcej komarów. Każde wyjście z auta powoduje, że w środku pojawia się kilka gości. I trzeba z nimi walczyć. A po przejechaniu każdego większego broda wyskakujemy żeby zobaczyć jak wygląda to zboku – robimy zdjęcia załogi D1. Roland i ja już jesteśmy na siódmym niebie, a podroż tylko tylko się zaczęła. A co dopiero na nas czeka.. 

Lotnisko w lesie

Wstajemy znowu o siódmej. Robimy śniadanie, nadal jeszcze pada deszcz ale niebo już się rozjaśnia. Chyba dzisiaj pogoda będzie trochę lepsza. Ruszamy, droga za wsią faktycznie jest bez wody. Jednak nie długo. Znowu zaczynają się kałuże, a potem i dość długie brody pomiędzy bagnami. Ciekawie jak wyglądałaby droga, jeżeli bym dziadek stwierdził, że wody jest w trzy cholery?

Gdzieś na przodzie jest opuszczone zapasowe lotnisko rosyjskich bombowców, noszących broń jądrową. Musimy to zobaczyć. Droga znowu robi się sucha, zaczynają się same kamienie, miedzy którymi trzeba lawirować, żeby nie zahaczyć się. I za nie długo wyjeżdżamy na otwarty plac. Asfalt. Długość 3 kilometry. Szerokość 100 metrów.   I jeszcze podobnej szerokości pas podjazdu. Widać nawet pozostałości białych linii i innego oznakowania pasu lotniska. Kostya jest przerażony. Mówi że spokojnie mógłby i dzisiaj tutaj wylądować na swoim IL-76. Chodzi, dziwi się, mówi że nie wiedział że takie coś jest tutaj. Roland mu wspominał, że zajedziemy na lotnisko, ale nawet nie miał w myślach, że będzie coś takiego. A razem z tym w głowie kreci się pytanie – jak to lotnisko tutaj w środku tajgi zbudowali? Jak dowieźli ten asfalt i to wszystko zrobili – Kirowsk jeszcze za kilkadziesiąt kilometrów, a więcej miast tutaj nie ma.. I takich lotnisk, opuszczonych i działających na Kolskim jest kilkanaście. Jedziemy pasem w drugi koniec. Kostia pewnie wspomina sobie że jest za szturwałem swojego IL’a. W końcu pasa widzimy jeszcze dwa auta – będą startować w stronę od której przyjechaliśmy. A my jedziemy dalej – Oktyabrskij jest na przodzie. Droga lepsza, kałuże są, ale nie dużo. Już wieczorem tej drodze od Umby do Oktyabrskij daliśmy nazwę drogi tysiąca kałuż i brodów.

Wróć